
po długiej, męczącej, acz nieszczególnie intensywnej sesji udało się mi szczęśliwie dobić do 5tego, szczęśliwie ostatniego, roku na studiach. tym razem było inaczej niż przeważnie, tzn. ostatnim brakującym wpisem był ten który zazwyczaj pojawiał się jako pierwszy. pani od angielskiego nie była tym faktem szczególnie ucieszona, i w ramach pokuty kazała zrobić prezentację, chociaż jednocześnie odpuściła debilne arty i speeche ;) ksiądz profesor rycho zlał późny termin oddania pracy, ale jakoś nie do końca przypadł mu genialny referat o formacie raw. chuj w to, ważne że postawił państwowe dst.
pół roku temu myślałem że będzie stypa, ale jakoś wyjątkowo (czyżby?) miałem czas na robienie projektów w okresie wakacyjnym. trudno, płakać nie będę ;p
z początkiem nowego semestru przyszedł czas na ogarnianie mnóstwa nowych przedmiotów, które jak na złość albo nazywają się prawie tak samo, albo są u prawie tych samych prowadzących. teraz nawet jestem w trakcie pisania referatu na podstawie pseudointelektualnego pierdolenia w które za nic w świecie nie potrafię się wgryźć.
fuck, miałem pomysł na jeszcze jedną notkę, ale się wziął i spierdolił, uciekł, nie ma. wracam chyba do tego pieprzenia o życiowych mapach i drabinach przystawionych do złych ścian (no dobra, to akurat było dość sensowne), to może mi się przypomni o co mi chodziło.