no, w sumie prawie na żywo, bo koncert o który (między innymi pewnie) będzie mowa odbył się wczoraj, w legendarnym (jak się również wczoraj dowiedziałem) klubie dla polskiego hh, mianowicie w eskulapie (taki starodawny wąż chyba, znany również jako asklepios [btw. fajnie by było do kolekcji pająków dołożyć jeszcze jakiegoś podłużnego gada, zbożówkę chociaż..]).
będąc na niejednym koncercie w różnych klubach stwierdzam że w polsze nie potrafią organizować takich eventów (no chyba że mówimy o imprezach bardziej masowych na kilka-naście-dziesiąt k ludzi). standardowo za dużo sprzedanych biletów ($$$), temperatura na sali bez przesady z 32stC, obsuwa czasowa w wyjściu gwiazdy na scenę (sprzedaliśmy mnóstwo biletów to niech teraz ci ludzie wejdą jakoś do tego lokalu, a że o 20 jeszcze kolejka na pół godziny stania to przesuńmy start) no i oczywiście nagłośnienie. o ile jeszcze instrumentalistów było jeszcze słychać całkiem okej (przyjemny bas, jazzująca, a w niektórych momentach rage’owa gitarka, na prawdę pokręcone bębny, klawisz… jak to klawisz, no i zajebisty haem na vinylu) to samych wokalistów ciężko było w ogóle zrozumieć. i nie to że byli za cicho jak to ciągle ostry powtarzał ze sceny, ale po prostu było.. niewyraźnie. a tego gościa który asystował ostremu (przez większość koncertu pił browary, łaził po scenie i gadał z haemem).
ludzie na tym koncercie to jakaś masakra. w miarę spoko wydawał się tylko ten ziomek z laską po prawej który powiedział nam jak trafić do klubu, a później jakoś właśnie dziwnie zlądował obok nas na samym koncercie. reszta to jakaś banda rozhisteryzowanych gimnazjazjalistów/stek (a te dwie pizdy które stały za nami to tak mnie wkurwiały że myślałem że tam im odwinę. chuj już że przez cały koncery darły mi się do ucha wykrzykując teksty ostrego [jakby jeszcze chociaż metrum albo tonację 3mały to bym jakoś zniósł], ale jak już zaczęły się pchać do przodu to miałem ich dość. a jak jedna z nich zaczęła jarać faję [patrzcie jaka jestem dorosła, wyzwolona i zajebista] tuż za moimi plecami, swoimi spoconymi cycami ocierając się o mnie to chyba tylko fakt że byłem niejako w gościach, nie na swoim terenie pows3mał mnie żeby jej conajmniej nie zjechać). ogólnie ludzi którzy jarali szlugi w tłumie było stanowczo za dużo. ja rozumiem że chce się palić, ale to można albo poczekać do końca setu (bo im robi te półtorej godziny bez faji) albo chociaż wyjść ze ścisku i sobie gdzieś na uboczu zapalić, i przy okazji odlać się i kupić sobie browara. chuj. pozytywne w całej imprezie była mimo wielce sympatyczna atmosfera (tak dla mnie, dość bezstronnego obserwatora, raczej nie zaangażowanego emocjonalnie w twórczość ostrego). nie było jakiś nerwowych przepychanek, spojrzeń spodełba, latających rzeczy i – przede wszystkim – ochroniarzy z niespełnionymi ambicjami. no i te kilogramy spalanej ghany i jej aromatyczne opary z każdej strony – mimo że towarzystwo jej więzieniem karane to od jakiegoś czasu na każdej tego typu imprezie czuję jej obecność. pozytywnie.
zimy kraj, zimny flow, zimna wóda (nie mogę się pows3mać, słucham sobie aktualnie hiphopowego inkwizytora na super zajebistych sennheiserach hd202)
po przydługim wstępie przejdę teraz do samego koncertu jako wydarzenia muzycznego. wysoki sądzie, powtarzam nie uwierzę że ostry narkotykow sam nie bierze. no haalo, tak porobiony na scenę wyszedł że ja w takim stanie na bank bym sobie tylu tekstów nie przypomniał, o wyrecytowaniu nie wspominając. mimo wszystko zajebiście wszystko ogarnął, poza tym że freestyle wyszedł na samym końcu, bo zapomniał że powinien być wcześniej. tylko jakoś mimo wszystko jego muzyka nie do końca do mnie przemawia. te podkłady za cholerę mi nie pasują do hh, zdecydowanie wolę crossover w stylu clawfingera, limp bizkit czy legendarnego korna niż hh z jazzowymi zagrywkami.
oddzielną część powinienem poświęcić zapędom kaznodziejskim ostrego. wyjdzie ci taki na scenę i pierdoli “nie pozwólcie żeby zajebał was nowotwór”. no haalo, ale to chyba nie takie proste wygrać ze śmiertelną chorobą. myślę że jakby to zależało od umierających ludzi to raczej woleliby być zdrowi niż chorzy. zresztą po moich ostatnich przykrych momentach w życiu jego słowa bardzo mnie zabolały, no ale dobra, pewnie chciał dobrze. dalej, na każdym kroku mówi “kocham swoją żonę i syna”. no kurwa niesamowite, wprost nieprawdopodobne. dobra, spoko, może tak mu z tym lepiej. kwestia komercji niestety też pojawiła się w jego wywodach, i chyba dość szczególnie mnie zniesmaczyła. wydał dziesiątą płytę, nagrywa klipy, podkłada głos do ziomka, udziela się na mixtape’ach i featuringach i powtarza że się nie sprzedaje. no halo, wszyscy się sprzedają, a on już w szczególności, bo jak inaczej nazwać nagrywanie 10 płyt w ciągu 9 lat jak nie zarabianiem na życie owymi płytami? i nie to żebym uważał że to złe, bo tak nie jest, tylko trzeba się umieć do tego przyznać. tak samo nie twierdzę że jest nieszczery w swojej twórczości i w tym że mówi że kocha swoją żonę, ale jak mówi “nigdy nie napiszę żadnego słowa za pieniądze” to trochę mnie to śmieszy. no ale może po prostu jestem uprzedzony, nie wczułem się w klimat albo bardzo chciało mi się browara i byłem nie w humorze.
pomimo tego wszystkiego to jednak impreza warta była wybrania się na nią. po pierwsze nie można nieustannie siedzieć w domu na dupie i powtarzać że nic się nie dzieje (bo wkurwia mnie taka postawa nieziemsko), po drugie trzeba czasem się odchamić, a po trzecie – i najważniejsze – nie ważne gdzie, ważne z kim. najgorszą rzeczą w mijającym weekendzie było to że akurat trafiła się ta chujowa zmiana czasu, poza tym było najlepiej. dawno nie miałem takiego beztroskiego weekednu, wręcz urlopowego. dla wszystkich którzy się do niego przyczynili wielkie bigup – karinie za pokój (dla tych co w pokoju), oli za naleśnika (siedzi teraz obok w słuchawkach na uszach i prawdopodobnie przepisuje jakieś notatki, a wcześniej uczyła się przed last.fm’em (; ), grabarzowi za tripa (dobra, chuj, i tak nie wyhamujemy; jeszcze jeden komis, proszę!; ty kurwa jedź prosto!), i oczywiście dla mojej najcudowniejszej na świecie.
fuck, już po 15, trzeba jakiś obiad skołować, przez tą zmianę czasu jakoś się tak późno zrobiło, a może to dlatego że w tym miejscu niniejsza notka zbliża się do 1000słów. that’s all folks!
ps. są takie chwile w których odgłos przełykanej śliny jest głośny jak wybuch bomby cara.











