po 5 latach od wydania poprzedniej płyty, po dwóch koncertach w chorzowie, po zajebiście długich 12 dniach od wycieku albumu do sieci w końcu jest ona w moich rękach. mój własny, niepowtarzalny i cuchnący siarką i plastikiem “death magnetic”!

otwarcie opakowania – tak, nie ma pomyłki, dm jak się pa3. dobra, zagłębiamy się w pudełko -zaraz, coś mi tu kurwa nie gra. miała być, a przynajmniej wydawało mi się że będzie dodatkowa płyta z video z nagrywania albumu, albo jakiś inny bonus, klipy i dwie darmowe tapety z larsem na komórkę. chuja, nie ma nic. trudno, widać albo tak musi być, albo jaymz z chłopakami mnie wydymali. nieważne, w końcu muza jest tutaj najważniejsza! a więc zacznijmy mały przegląd tracków.
that was just your life
hmm, bawimy się w intra? ok, niech będzie ;] klimat trochę podchodzący pod am i evil, a później to już ostra jazda, zdecydowanie podchodzący pod nic innego jak pod jeden z głównych otwieraczy koncertów, czyli pod blackend! ogień, krzyczący jaymz, zajebista praca perki (chwała ci lars że nie spierdoliłeś znowu brzmienia), słychać bas, czyli tak jak być powinno. zaraz zaraz, a solo? gdzie ono… a, tutaj jest! i to jaka petarda, jak za starych dobrych trashowych czasów, chociaż przyznam się że przypomina mi trochę któreś slayer’a, prawdopodobnie to z seasons in the abbyss. ogólnie otwarcie płyty na pełnej piździe, podoba mnie się ;]
the end of the line
jest bardzo metalowo. rytmika intra i rejestry w jakich chłopaki się poruszają przypomina trochę to co było na reloadzie, ew. ten słynny riff z some kind of monster (czy nie?). w połowie fajne interlude z partiami rozłożonymi w interwale, później zajebiste solo i to z wahem :D czyli jednak kirk nie zapomniał jak spowodować jeżenie się włosów na plecach wśród starych, łysych już fanów największej metalowej drużyny tego świata. później uspokojenie, uśpienie czujności i znowu ciężkie riffy do samego końca. nieźle nieźle.
broken, beat & scarred
cholera, znowu mi jakiś reloadowy (skądinąd zajebisty) fixxxer się przypomina. chuj, może mam jakieś zboczenie w tą stronę. fajna, dudniąca stopa ładnie nabija rytm w niektórych momentach (dość pokręcony kawałek, a jak się okazało później cała płyta jest taka popierdolona). słychać wyraźnie talerze, nareszcie jakoś brzmią. co prawda nie jest to może czarny album jeżeli chodzi o drummy, ale jest nieźle. o, jest i solo, a jak się łeb buja do rytmu, chciałbym ten numer zobaczyć/usłyszeć live ;]
the day that never comes
nie ukrywam, mam dość mieszane uczucia odnośnie tego kawałka. intro niby na wzór fade to black / sanitarium, ale jakieś takie za proste. o, refren też zupełnie jak ten w f2b (wiem że tam nie ma refrenu, ale wszyscy zainteresowani wiedzą o czym mówię). wokal wydaje się być schowany pod instrumenty, całość brzmi jak jakiś kawałek beatlliki. dobra, nie czepiam się już. w 2/3 długości fragment zupełnie jak z “one”, też taka melodyjka rozłożona w interwale, podobna rytmika i tempo.
all nightmare long
ojj, jest mrocznie, bębny podobne do “wherever i may roam”. zaraz, co jest dalej? kto mi na “black magic” slayera przełączył? ejj, to tak leci :D cóż, fajnie jak klasyk czerpie z innych klasyków ;] jest bardzo trashowo, ciekawy riff z łamaną rytmiką. dają radę chłopaki, ale jaymz chyba nie gra już na explorerze tylko się na dobre na les paula przestawił, a szkoda, zajebiste były tamte wiosła… nieważne. zajebisty patent z dograną ścieżką na prawym kanale podczas wersów, takie echo. solo zaczyna się prosto, i w sumie do samego końca ma dość nieskomplikowaną strukturę, ale jakie jest zajebiste :D o, jest drugie! strasznie tego brakowało na st. anger, a teraz taki urodzaj. fajnie fajnie. kurwa, chyba jak na razie mój faworyt na albumie!
cyanide
nie wiem co to znaczy, ale zajebista nazwa (dobra, już wiem). ojj, basik ładnie w głównej roli występuje na początku, zresztą jak kirk z jaymzem dołączają też mimo wszystko jest na wierzchu. dalej mamy zajebisty riff, ale do diabła, ja to już gdzieś słyszałem, i to na jakiejś mecie właśnie. czyżby chłopaki zjadali swój własny ogon? niee, taka miała być ta płyta! powrót do korzeni, odgrażali się od dawna – pewnie jak zagrali z 200 koncertów ze starymi kawałkami po st.anger (bo te z st. anger się nikomu na koncertach nie podobały) to im się udzielił klimat starych płyt. ale kurwa, na co ja narzekam – o to chodziło. ogólnie fajny kawałek, nawet jeden tekst wpada od razu w ucho (suicide, i’ve already died!). reasumując – nie najgorzej, ale bez rewelacji.
the unforgiven III
na pewno najbardziej intrygujący tytuł na płycie (jak się jej jeszcze nie słyszało). dwa poprzednie unforgiveny były przezajebiste, jak będzie tym razem? ano dziwnie… pianinko na początek? co to kurwa jest, evanesence? i to ze smykami? tak, meta miała już patent ze smykami w nothing else matters, ale nie w głównej roli intra jak teraz! już bym wolał stary, dobry wstęp w poprzednich odcinkach użyty. dobra, lecimy dalej… z tym że dalej nie jest lepiej :/ tzn. fajny numer, taka lekka rockowa ballada o zabarwieniu metalikowym, tylko szkoda że nazwali ją właśnie unforgiven III, bo noszenia tej nazwy na moje nie jest godna. całość ratuje niezawodny kirk wiosłowy pociskacz, stosując stare, sprawdzone patenty zdecydowanie wygrywa w tracku. a brzmienie które ma na dołożonej ścieżce jest takie same jak było w solo do “stein um stein” rammsteina ;p
the judas kiss
trochę jak początek do and justice for all, co? :D dobre tempo, zajebiste podwojenia stopy, tylko ten talerz jakoś mocno mi syczy ;p dobra, czepiam się. dalej leci mocno trashowo, znowu trochę jak w słynnym “black magic”, albo znowu mam schizę. solówka to po prostu uczta dla moich uszu, chyba najfajniejsza jak dla mnie z całej płyty, nieprzesterowane brzmienie, a tego tricku z niespodziewanym podciągnięciem pod koniec pierwszej części jeszcze w życiu chyba nie słyszałem, a jak słyszałem to nie pamiętam gdzie, ale jest zajebisty ;] po solówce fragment brzmiący jak modlitwa z enter sandman, no i ostra jazda do końca. zajebisty kawałek.
suicide&redemption
ojj, pokusili się panowie o instrumentala, pierwszego od “to live is to die” z and justice, czyli pierwszego od 19 (sic!) lat. dobrze zatem. kawałek ma zupełnie inną budowę niż pozostałe instrumentale mety, albo ja po prostu jeszcze nie wydobyłem jego struktury. niemniej jednak jest bardzo złożony, z mnóstwem przeróżnych riffów, przejść, zmian tempa, brzmień (kurwa, to w środku to breadfan?). a nawet jeśli tak to nieważne. solidny, ciężki i wielki kawał krwistego metalowego mięcha. dobry w chuj, strasznie mi się podoba. jaymz, ja chcę dokładkę ;]
my apocalypse
rytmika zupełnie jak na kill’em allu, ale jednak chłopaki popracowali nad brzmieniem przez te prawie 25 lat :D już nie brzmi to jak 4min9sek hałasu potocznie znanego jako whiplash, tylko jak szybki, dynamiczny, wściekły, nowoczesny trash. zamknięcie płyty potężnym pierdolnięciem, tak jak kiedyś dyers eve zamykało and justice albo damage inc. mastera. pizda oień!
to by było na tyle moich zupełnie niesubiektywnych i niesprawiedliwych przemyśleń odnośnie najnowszego krążka mety. płyta jak na razie jest dla mnie petardyczna, wprost masakruje mnogością riffów, skomplikowanych struktur, jaymz dalej śpiewa zajebiście, lars naprawił drummy, kirk znowu gra solówki a rob’a nareszcie słychać. oby tak dalej panowie! stay heavy!