gural@wlc

don gural esko

don gural esko

tak jest, stało się! w końcu będzie nam dane iść na koncert gurala, i to na naszym włocławskim break session! pierdolić tedego, jeśli będzie grał jako gwiazda to pewnie nawet nie zostaniemy do końca imprezy ;p hardkorowy król polskiego braga ciśnie trasę promującą el polako, cieszy mnie to. a to jeszcze nie koniec z nim w tym roku, podobno mają wyjść jeszcze dwie jego płyty na jesieni. po tym co usłyszałem na ostatnim solowym albumie aż się boję myśleć co będzie dalej. kozak =]

clmf2oo8!

dobra foka, przyznaję się, miałem napisać notkę zaraz po powrocie do domu, ale że tak powiem “coś mnie ścięło” i nie dałem jakoś rady ;] za to już nadrabiam

powiem szczerze że takiej imprezy w swoim krótkim życiu jeszcze nie widziałem. atmosferą trochę przypominała zeszłoroczne creamfields, z tym że ludzie byli jacyś tacy bardziej pozytywni – znaczna przewaga rozmaitych “wynalazków” (bo jak stwierdziła foka to “oryginałami” już nie sposób ich nazywać), emo, punków, lesbijek i gejów, rastamanów w dredach i skejtów nad przypałowymi tabletkożercami – duży plus! pomimo tego że teoretycznie organizatorzy mieli być uczuleni na punkcie dragów to wszędzie na terenie festiwalu czuć było ten dobrze wszystkim znany, charakterystyczny słodki zapach (btw. “klub ludzi pozytywnych” nas rozłożył).

odnośnie kwestii muzycznej, wg kolejności pojawiania się na mainstage:

  • marika – że tak powiem nie do końca mój klimat, chociaż dziewczyna bardzo fajnie śpiewa, ma fajny kontakt z publiką itp… ale chyba muza nie do końca moja
  • sean paul – duży kozak, miał do pomocy kilku ziomali z jamajki, razem zrobili fajne pozytywne show grają wszystkie single jakie znam (poza tym kawałkiem z blu cantrell). zajebisty kontakt z ludźmi, ciekawy freestyle (ten wkręt że wokalista coś tam wyje a ludzie mają za nim powtarzać – niezła zwała z tego była), a co mnie najbardziej wkręciło to ten charakterystyczny jamajski akcent. “mr policeman, please don’t stop our show tonight!”. big up!
  • missy elliott – bez bicia się przyznaję że nie znam twórczości tej pani, i celowo przed wyjazdem nie obczajałem jej w necie, co jak się okazało było dobrą decyzją. jej klipy nijak się mają do show które robi, poza tym takie natężenie basu na metr kwadratowy to ostatnio chyba na koncercie rammstein przeżyłem (jeżeli w ogóle kiedykolwiek wcześniej) – non stop tłuste i potężne bity, duuużo dźwięków w okolicy 50Hz, czyli tego co tygryski lubią najbardziej. interesujące otwarcie setu (cztery razy powtarzany początek do “get ur freak on”, no i oczywiście “hot ladies make some nooooooooisee” ;] duża pjona, chociaż nie wiem czy słuchając tego w domu będzie mi się to tak podobać jak live. zobaczymy.
  • the prodigy – tych panów chyba nie trzeba przedstawiać. zrobili taki kurwa odlot że to się w głowie nie mieści (szkoda że zaczęli 20min wcześniej, to się na intro nie załapaliśmy). setlista raczej przewidywalna: voodoo people, firestarter, breathe, smack my bitch up, poison, outta space, spitfire, sample z diesel power, do tego jakieś dwa dziwne kawałki których nie rozkminiłem jeszcze (albo takie stare albo z nadchodzącej płyty). liam howlett miał na swojej konsoli taki wielki napis “take me to the hospital”, keith flint biegał po scenie w marynarce z napisem z tyłu “my dogs will kill you” a maxim standardowo zapierdalał jak królik po koksie. nie wiem kto jest ich dilerem i co oni wpierdalają, ale ja to chcę. są niesamowici, w przyszłym roku też jadę (oczywiście jak będą gdzieś grali w okolicach byłego bloku wschodniego). zresztą foka przed wyjazdem najbardziej jarała się missy, ale po secie pro powiedziała że “takiego rozkurwu to się kurwa nie spodziewałam” :D

poza koncertami na mainstage’u kilka razy zajrzałem do coke arena (bo w burn arena leciała tylko jakaś denna techniawa), załapałem się na fragment koncertów jareckiego, the car is on fire no i oczywiście sokół&pono. oczywiście było uderz w puchara w środku koncertu, w aucie na koniec, dwie kochanki gdzieś później, ale najlepszy był medley z wwo/zip – jeszcze będzie czas, damy radę, nie bój się zmiany na lepsze. pono na żywo tak średnio wypadał ze swoimi fragmentami, sokół natomiast wymiatał za wszystkich (aha, za deckami był nikt inny jak dj deszczu strugi ;p)

ogólnie w kwestii organizacyjnej bez większych uwag, przyczepić się można w sumie tylko do zjebów z ochrony (w dupe mi chyba tylko nie zajrzał pedał) (chociaż z tego co foka mówiła to trzepali tylko podejrzanie wyglądających ludzi, hmmm… ;] )

festiwal (owszem, dla nas jednodniowy, ale zawsze) bardzo mi się podobał, chociaż szkoda że nie było tak fajnie jak mogło być. deteh, zjebałeś, wiesz o tym dobrze ;p

bless.

z wizytą u malory ;]

poecilotheria rufilata l4

poecilotheria rufilata l4

wiem że nie powinno się karmić pająków od rana, ale koniecznie chciałem dać jeść majorowi kupriczowi, który jednak nie był głodny. znam jednak takie pająki które są zawsze głodne, i w związku z tym mącznik powędrował do jednego z nich, czyli do malory. polowanie jak zawsze piękne, pająk się fajnie skrada po pajęczynie do zdobyczy. zastanawiam się nad kupnem maculaty albo stromy, ale skłaniam się raczej do tego pierwszego gatunku, bo pająk jest ładniejszy imo – full white paint with gray ornamentz ;] zobaczymy, na razie muszę sprzedać irminię… a może jeszcze jakąś poe, np. mirandę? albo regalisa? może ktoś mi coś podpowie? ;p

ps. to jest jubileuszowa, setna notka na tymże blogu. zwała, nawet nie wiem kiedy to minęło. muszę któregoś samotnego wieczora przeanalizować dogłębnie to co napisałem do tej pory, może już jakieś wnioski z tego wyciągnę..

ps2. supergirl, wonderwoman *:

biesiada kasztelańska

dobrze więc, przyznaję się bez bicia – byłem na włocławskiej biesiadzie kasztelańskiej, ale tylko po to by zobaczyć prezentację drużyny anwilu, a mówiąc dokładniej dlatego że ktoś chciał ;] nieważne.

ważne jest to co tam zobaczyłem na miejscu.

uprzedzam, będzie szydzenie i wyśmiewanie, będą ciężkie sarkazmy. jeszcze możesz się wycofać. nie? okej, zapraszam dalej.

oto co anty zobaczył w swoim filmie.

banda pijanych 5nastolatków wożących się na skwerach i uliczkach, pod realem i cmentarzem, odpicowane szlaufiary polujące na nową zdobycz, chcące sie pokazać pijąc browar z puszki na czas (jeszcze z kluczem to bym rozumiał, ale bez?)  w jakiejś zagrodzie, ciężcy pracownicy fizyczni w skarpetkach i sandałach , wszędobylskie disco-polo w pseudo-biesiadnym aranżu, jebnięty konjo jako konferansjer (sory, ale on jest może-i-zabawny przez pierwsze 10 minut, później już jest nie do zniesienia, szczególnie jak się go widzi w akcji któryś raz z kolei), ogrodzenia, tandetne odpustowe plastikowe światełka i (dla odmiany) ochroniarze o wyglądzie sporej małpy – to wszystko i jeszcze więcej do zobaczenia tylko i wyłącznie na biesiadzie kasztelańskiej! opium dla ludu i wstrząs dla mas.

ja rozumiem że to “fajna rodzinna impreza plenerowa dla mieszkańców 120tysięcznego miasta leżącego na szlaku drogi krajowej nr 1″, no ale kurwa bez przesady. cieńka czerwona linia pomiędzy prawdziwą biesiadą a kiczem została po raz kolejny brutalnie zgwałcona przez organizatorów (chociaż po części przez uczestników na pewno też).

ja na prawdę zdaję sobie sprawę z tego że każdy jest inny i że takie wydarzenia w mieście są potrzebne, ale czy aż takie? musimy robić aż taki dramat tuż przy wspomnianej jedynce, ba, obok cmentarza? niejeden zacny włocławianin pewnie się wczoraj w grobie przewrócił. dajcie mi moc, a na takim spędzie uzdrowię to najwspanialsze miasto na świecie, które niestety jest toczone przez szary element ze śródmieścia i okolic, który spotyka się na takich festiwalach dla pijaczków (bo nawet nie dla pijaków) jak ta nieszczęsna biesiada. jestem zamiataczem, dajcie mi miotłę ;]

btw. contest na najgłupszą osobę którą spotkałem w życiu nadal trwa. obecnie dwie kandydatki do tego tytułu prześcigają się w najwymyślniejszych pomysłach by zająć pierwsze miejsce na podium i zdobyć tytuł. oto zdania które padły w ostatnim starciu:

  • “muszę sobie zmienić telefon.” “czemu, ten jest chujowy?” “nie, jest już za tani na allegro.”
  • “kupiłam fajkę wodną, wszyscy teraz takie kupują, fajna jest. zrobię z niej wazon, albo nie wiem co.”

bohaterki szarej rzeczywistości, jedna śmierdzi tanimi fajkami a druga łamie parasole spojrzeniem.

ok, na razie koniec wywlekania moich filmów na zewnątrz, ale śpijcie spokojnie – ciąg dalszy nastąpi =]