wczorajszy dzień i zbiór następujących po sobie zdarzeń i reakcji mogę chyba śmiało uznać za jeden z dziwniejszych ostatniego roku.
zaczęło się niewinnie (od oblania poprawki u drzycima o 8 rano). ok. 11 poszedłem do asa na jakieś zakupy, bo jeść już mi się niemiłosiernie chciało (w końcu śniadania nie jadłem). gdy stałem przy kasie zadzwonił grabarz że suki go zgarnęły w toruniu i zabrali mu kangura. nie było innej możliwości – anty rusza z odsieczą – “spoko grabarz, możesz na mnie liczyć ;]”. zgarnąłem go sprzed mostu o 12, później ekspresowo do włocka, a tu pizda – strajk tirowców i wylot z miasta zablokowany. bo odebraniu dokumentów z barskiej myknęliśmy na zawiśle, a stamtąd na bobrowniki i ziuuuum wśród lasów dziewiczych do torunia, od dupy strony trochę. jakoś namierzyliśmy komisariat, atakujemy, a pani o ślicznym imieniu “Żaneta” wysyła nas do komisariatu obok? wtf? dobra, idziemy “obok”, faktycznie, ul. pck2 i drugie schronisko stoi jak byk. wchodzimy, gadka z recepcjonistką, później z oficerem dyżurnym (siedział tam ten pedał co mandat grabarzowi wypisywał).
w międzyczasie na komisariat wpadła zdyszana klientka i ledwo co wypowiedziała do recepcjonistki że “brata jej mordują/biją”, na co pani odesłała ją do oficera dyżurnego. no to ona idzie do okienka, opowiada mu historię, co się dzieje, kto kogo, jak, ile, na co pan dyżurny pod wąsem się śmiejąc mówi “niech se pani usiądzie i poczeka”, więc pani rada nie rada usiadła obok mnie, ze śmiercią w oczach nerwowo bawiła się telefonem czekając na swoją kolej. po 25 minutach wyszło dwóch wąsatych i zaczęli z nią gadać, po kolejnych 15 podjechał po nich poldek, wsiedli i pojechali. kurwa, tego gościa mogli już tam pięć razy w tym czasie zabić. policja…
po 30minut siedzenia na krzesełkach obok recepcji, piciu coli i wymienianiu uszczypliwych uwag nt pał patrzę, a tu mi zioma zabierają na górę, znowu czekanie, telefony, po 20minutach wychodzi z kwitem po odbiór samochodu, z tym że parking policyjny oczywiście kurwa na drugim końcu miasta :/ trudno, wsiadamy w antymobila i jedziemy na curie-skłodowskiej 80 odbić kangura z brudnych psich łap. po pół godziny stania w korkach i drugiej połowie błądzenia trafiamy na parking, a tam zonk, parking do 15.30 wydaje fury, a my o 15.58 zawitaliśmy :/ cóż, krótka acz rzeczowa rozmowa z cieciem (jak chcę potrafię być przekonujący, a że policjantem cieć nie był to pogadać nie wstyd, i można nawet) no i udało się go doprosić o wydanie furki (szkoda że nam jeszcze paragonem za holowanie po oczach trzasnął :/ ), ale krótko po uiszczeniu “symbolicznej” opłaty (18zł za kilometr holowania, na łby poupadali) kangurek stał już wesoły obok volvo-imprezy przed parkingiem.
grabarz nie posiadał się ze szczęścia:

pogadaliśmy moment, kilka telefonów i pojechaliśmy na zasłużone śniadanie (w końcu 17 na osi była) w postaci kebaba, później tankowanie na bp i każdy w swoją stronę (ale tych fotoradarów ponastawiali).
nadzieja bowiem tkwi w jedności mieczy braterskich, gromiących opór wszelki.
moich ludzi kocham a policji nienawidzę.

