i nadszedł ten dzień w którym trzeba wprowadzić się do bdg, do antysquadu rezydencji na betonowym 4donie. celowo nie piszę słowa “przeprowadzić się”, bo ja mieszkam tutaj, na michelinie. tu są moje ulice, ludzie i światła, i nic tego nie zmieni. zajebiście szanuję chłopaków z którymi mieszkam na studiach, ziomków z grupy, towarzyszy licznych melanży i problemów z zaliczeniami, znajomków z roku, ale jednak serce moje bije na mojej ośce. trochę staroświeckie przywiązanie do swojego miejsca, można tak powiedzieć, ale się tego nie wstydzę. no bo ile wypiliśmy tutaj browarów na dużym przez te wakacje? po 1oo, 15o na łeb? ;] ile przeprowadziliśmy tutaj rozmów o życiu, śmierci, kobietach, muzyce, dupach, cyckach i samochodach? ile wypowiedzieliśmy tych samych kawałów, ile razy paliłem tutaj “ostatnią” faję, ile razy malowaliśmy po murach, ile orientów na nadjeżdżające fury, ile razy przesłuchaliśmy “chwile ulotne”, ciężko zliczyć. pewne jest tylko to że żaden z naszych kasztelanów nie wygrał kolejnego. 1oo razy łatwiej wygrać darmowego big milk’a.
najlepszego z okazji imienin dla gravedigger’a aka grabarza ;)
btw. imprezy rodzinne są nudne, zgodzę się, ale jest jedna super rzecz która się z nimi wiąże – przepyszne jedzonko ;) choć nie widać po mnie tego, to na prawdę są pewne specjały którym nie potrafię się oprzeć, np. majonezik do mięs wg rodzinnej receptury, jajka faszerowane tuńczykiem, barszcz & paszteciki albo tatarek z łososia, hmm… palce lizać ;)
fvck, chyba ciężko mi będzie rzucić palenie dopóki jestem na studiach. i choć czeka mnie warun z wojtyny to raczej nie dam się tak łatwo wyjebać z tej uczelni, więc jeszcze przede mną 3 lata jarania. bo choćbym miał ograniczyć palenie tylko do okazjonalnych paru fajek przy imprezie, to przy naszym natężeniu balowania i tak to mało daje ;) no chyba że będzie dla kogo rzucić, bo dla siebie jakoś nie potrafię… :>
tak wogóle to dzisiaj 3o września, ciekaw jestem… jutro dopiszę czego :P
nie ma nic za darmo, czyżby?
myślałeś czym cię karmią, to liczby
wyjdźmy naprzeciw z tym jednym pytaniem
sto tysięcy razy, zielony parmalent