no i dzisiaj (wczoraj) minął rok… rok samotności, nadziei, pustki, złamanych obietnic, tęsknoty… rok temu już byłem w domu, rok temu widziałem ją po raz ostatni, jak zniknęła za rogiem wchodząc do bramki wykrywającej metal na odprawie na lotnisku, terminal ‘fryderyk chopin(?)’… because you unforgiven too…
co tu dużo pisać… koncert ‘przystanek utp’ podobno był zajebisty… szkoda że boysów nie pamiętam, bo o big cycu to nie wspomne ;) poległem chyba o 21, w sumie szkoda że tak szybko. ale i tak pizda życia tym razem rychowi się przytrafiła :D a wczorajszy bal rzymski również jak najbardziej korzystnie. szkoda tylko że na kwadratach gorsza impreza była, no i mniej lasek bansowało ;) więc trzeba było kursować między scenami, w sumie daleko nie było ;) tylko niepotrzebnie tego ostatniego browara wypiłem, bo gdyby nie on to na bank bym do końca dotrwał, a tak to niestety, autopilot i do domu. a afterparty to podobno do 7 rano trwało, szkoda że beze mnie już ;] nevermind. zaraz trzeba się zbierać żeby na polonie pojechać na jamala i piersi :D tylko jak mi sie kurewsko nie chce busem jechać… :/
i need to sleep, i can’t get no sleep…
a mogłem sobie spokojnie poleżeć do góry chujem, ale nie, po co, mało jeszcze zamieszania ze wszystkim i czymkolwiek. dobra, jadę do tego toronto na juwe, grabarz będzie, xionc, wypijemy, pójdziemy na koncerty. na początku w sumie zapowiadało się nieźle, ale później to już czarna komedia koszmarnych pomyłek, bez happy endu, za to ze spaniem pod blokiem w samochodzie, z łażeniem po toruniu po nocy z jakąś laską kompletnie pijaną (fajne macie koleżanki )… i jeszcze ten parking rano ;]
eh, życie studenckie piękne jest :D